Czym się opychać na Maderze!

Jeżeli jesteś na diecie…nie jedź na Maderę. Tam bowiem będziesz musiał sięgnąć węglowodanowego dna Drogi Czytelniku. Ja sięgnęłam i było mi z tym bosko!

Madera to raj, nie tylko pod względem iście niebiańskich widoków,  smaki także  wzniosą Was wprost do nieba.

Poranek mieszkańca wyspy zaczyna się dość niewinnie. Na dzień dobry oczywiście KAWA. Pomimo, że nie jestem miłośniczką czarnego eliksiru szczęścia, to tam popadłabym w nałóg bez dwóch zdań. Delikatna w smaku, bez goryczki, nawet cukier nie był potrzebny… Ale kawa nie jest jedyną możliwością. Miłośnicy herbaty także znajdą coś dla siebie, wrzątek ze świeżymi skórkami cytryny rozgrzeją każdego, a cytrusowy posmak zostanie z Wami na długo.

A jeżeli mało Wam cytrusów to czas na konkret. Starsze przedstawicielki pokolenia popijają od rana poncza. Tradycyjny alkohol maderski można kochać albo nienawidzić. Przepala przełyk, pomimo całej zawartej w niej słodyczy. Uchachani procentami, z lekkim szmerem w głowie, możemy brnąć dalej w kulinarny świat.

Czym by tu zabić głód? oczywiście do kawusi musi być coś słodkiego, bądź…wytrawnego. I tak możecie sięgać po bułeczki, drożdżóweczki, domowe ciasta ucierane oraz tłuściutkie pierożki nadziewane mięsem. Do wyboru, do koloru.

Zapchani bułkami, jakoś przetrwamy do popołudnia, by sięgnąć po Bolo Do Caco. Ten maderski przysmak możecie znaleźć wszędzie, od małych budek poza miastem, bo modne bary w stolicy. Wszędzie smakują wybornie. Podstawowa wersja rozpływa się w ustach za sprawą tony masła czosnkowego. . Chlebek ten to nic innego jak pita. Nie strońcie od dodatków, takich jak ser, kabanosy czy tuńczyk. Bolo do Caco są podawane jeszcze gorące i cudownie rozgrzewają, gdy na dworze szaleje styczniowy wiatr.

Żołądek nie lubi próżni. Macie 2 euro? za ta cenę kupicie woreczek jeszcze gorących kasztanów, które możecie wcinać na promenadzie przy samym morzu. Cudny widok, jeszcze lepszy smak pieczonych smakołyków. Mmmmm… brakuje tylko Christianio Ronaldo.

OBIAD! Rozciągnięty brzusio domaga się więcej, czas więc na coś konkretnego. Mieszkańcy wyspy nie stronią od mięsa. Szaszłyki wołowe (espetada) to sztandarowe danie. Serwuje się je na kiju? badylku? patyku? W każdej wersji jest wyborne.

Nie może zabraknąć ryb, których na Maderze jest bez liku. Espada – pałasz czarny, to numer jeden na kulinarnej liście. Ta w panierce i z bananami rozpływa się w ustach. Przemawiają do Was owoce morza? droga wolna, macie cały wachlarz opcji do wyboru.

Czy znajdzie się miejsce na deserek? Oczywiście. Tutaj idealnie spełni swoja rolę mus/ pudding z marakują (pudim de maracuja). Egzotyczna pianka i strzelające pod zębami pestki…to jest to. I znowu mmmmmmmm. Christiano może się schować.

Nie można zapomnieć skosztować jedynego w swoim rodzaju Bolo de mel (ciasta miodowego), aromatycznego, przypominającego brownie.

5000 kalorii później czas na coś zdrowego. I tutaj ze straganów będą się do Was uśmiechać owoce:) Znane i nieznane. Kosztujcie wszystkiego co tylko możliwe. W  domu tego nie ma. Ale uwaga, z niktórymi nie wiadomo co zrobić:) Wymacane, podgryzione nie przypominają  w smaku niczego.

    

Gdy nie możecie zapiąć ostatniej dziurki w pasku, to znak, że czas wracać do domu:)

 

Dodaj komentarz