Jak być bezdomnym turystą na Maderze

Wyjazd na Maderę był bez dwóch zdań najbardziej nieprzygotowanym, spontanicznym i chaotycznym. Ignorancja jest złym doradcą, a i nie zawsze można zdać się na przychylność opatrzności. Spędzone tam dni były lekcją pokory i dały do myślenia.  Jak się okazało bycie bezdomnym turystą nie było tak łatwe do zrealizowania, jak zakładaliśmy. Dotychczasowe podróże dawały pole do popisu, a tutaj nie mogliśmy się odnaleźć. Możliwości wręcz kurczyły się  z dnia na dzień, a nas ogarniała frustracja.

Przyszło nam koczować w różnych miejscach, o wszystkim decydowały głownie względy bezpieczeństwa. Ale nie zawsze było to realne do zrealizowania z racji warunków atmosferycznych i ukształtowania terenu. Pierwszy raz położyła nas na łopatki topografia! Nie przyszło nam przez myśl ocenić budowy wyspy przed wyjazdem…i to był wielki błąd.

Zacznijmy jednak od początku. W środku polskiej zimy postanowiliśmy uciec tam, gdzie ciepło, a przynajmniej tam gdzie nie ma śniegu. Już w lipcu poprzedniego roku wybór padł na Maderę właśnie. Po wylądowaniu jak zwykle czuliśmy się chwilowo zagubieni, daliśmy sobie kilka minut na złapanie kierunku i w drogę. Ustalenia mówiły, że będziemy poruszać się w odwrotnym kierunku do wskazówek zegara, z kierunku wschodniego na północ i zachód.  I już pierwsze kilometry pokazały, że nie będzie łatwo, bo w odróżnieniu od płaskiej jak naleśnik Malty, ta wyspa była conajmniej kopcem kreta.

Praiha Madera – nocleg 1

W promieniach zachodzącego w  błyskawicznym tempie słońca, dotarliśmy autobusem do Canical, dawniej wioski wielorybników. Ten klimatyczny port przyszło nam podziwiać po zmroku. Z 18 zrobiła się 20 a my nie mieliśmy pojęcia gdzie spać. Skierowaliśmy kroki w stronę półwyspu Św. Wawrzyńca (to miejsce mieliśmy w planach zobaczyć rano). Szliśmy i szliśmy wzdłuż bezlitośnie długiej strefy przemysłowej, by po 30 minutach wylądować na totalnym pustkowiu, po prawej urwisko i przeraźliwy wiatr, po lewej łąka a na łące robale:| To nie to…szliśmy wiec dalej. I nagle naszym oczom ukazały się kamienne schodki prowadzące  w ciemność. Z racji braku innych możliwości zeszliśmy na dół, jak się okazało, na opuszczoną poza sezonem plażę wraz z zamkniętym barem. Miejsce idealne do spania. Ciepły beton, sucho,  piach w bezpiecznej odległości, co by nie sypał sie do kanapek.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie świecąca się całą noc latarnia i moja paranoja. Gra cieni na namiocie zrobiła resztę. Dodatkiem były rozbijające się o skały fale. Nie spałam pół nocy łapiąc w ataku paniki namiot, bo moja wyobraźnia zrzucała nas do oceanu i zjadały nas rekiny, a nawet połykał wieloryb:|  W tym stanie udało się dotrwać do rana i przywitać nowy dzień z bólem głowy.

Parking nieopodal Saint Vicent – nocleg 2

Wakacje rozwijały się w najlepsze, o czym świadczyły kilometry, które w drugim dniu przyszło nam nabić. Mieliśmy okazje oglądać miejsca jak z bajki, z bólem serca musieliśmy je opuszczać, bo było krótko mówiąc zbyt wcześnie na rozbijanie namiotu, a do kolejnego punktu z planu podróży mieliśmy zbyt dużo kilometrów do pokonania.

Euforia związana z bajkowymi sceneriami minęła tuż po zmroku. Mając kilkanaście kilometrów w nogach i obolałe od plecaków ramiona- mieliśmy dość. Dopadł nas zmrok. Z czołówkami na głowach mijaliśmy kolejne domy i zazdrościliśmy mieszkańcom, że pewnie leżą już w łóżkach. My wciąż szukaliśmy naszego hotelu pod chmurką. Pomysłów było mnóstwo, desperacja dała o sobie znać. Porzuciliśmy jednak spanie na tarasie opuszczonego domu, czy pod palmą bananowca.

Na kilka km przed Saint Vicent natrafiliśmy na przydrożny parking, który był jednocześnie miejscem do imprez pod gołym niebem, z miejscem na grilla, betonowym stołem i siedzeniami a la szezlong! Czy można było trafić lepiej? Do snu utulił nas widok zasypiającego w oddali miasteczka. Szłam spać zmęczona, ale zadowolona. W końcu rano czekała mnie perspektywa zjedzenia śniadania przy stole z widokiem na bezkres oceanu:D

Upiorny las  – nocleg 3

Na wyjazdach mamy jedną zasadę! Do miasta/stolicy zjeżdżamy na końcu. Niestety coś nas pokusiło i złamaliśmy ZASADĘ NR 1.  Wszystko za sprawą beznadziejnego pomysłu, aby eksploracje górskich szlaków wraz z Pico Areiro na czele zacząć wcześniej. Zaniechaliśmy więc objechania wyspy dookoła i zjechaliśmy na sam dół. Co gorsza, samo gramolenie się od dzielnicy miasta zwanej Monte, zaczęliśmy późno bo po 17. Krętą drogę pokonaliśmy w 2 godziny, przy akompaniamencie zamrażającego przepocone ciało wiatru.

Czy to fatum, że znowu dopadł nas zmrok??? I jakiś mielismy wybór? Rozbiliśmy się koło upiornego opuszczonego domu w lesie.

Szeleszcząca folia termiczna pod namiotem hałasowała całą noc i imitowała szalone chomiki, które chcą wejść do środka. Księżyc też się na nas uwziął i świecił tak jasno, że kilka godzin miałam wrażenie, że ktoś świeci na nas latarką.Straż leśna? Morderca? Policja? Katastrofy dopełniła wyobraźnia i wizje naszych wyciąganych z namiotu ciał przez ogry bądź trole. Efekt, deja vu z pierwszego dnia i potworny ból czachy! W prawdzie widoki nam to zrekompensowały i dzień po nieprzespanej był cudowny, ale  co się napanikowałam to moje:)

 Nigdy nie wracaj do stolicy dwa razy pod rząd! -nocleg 4

Czas w górach byl tym co kochamy mocno i coraz mocniej. Puste szlaki, tylko my dwoje i gdzieś hen hen tabuny niemieckich turystów w swoich małych samochodach wjeżdżający na sam szczyt. Nie mogliśmy tam zostać w nieskończoność. Wszystkie drogi prowadziły niestety do stolicy, tam dopadło nas późne popołudnie i zero perspektyw na ciekawy i spokojny nocleg. Na wpół pokłoceni i bliscy rozwodu zdecydowaliśmy się jechać na lotnisko. Tym bardziej, że baterie w telefonach, aparatach itp były bliskie 0% i trzeba było coś z tym zrobić. Nocowanie na lotnisku ma swoje plusy. Jest tam podłoga, stały dostęp do łazienki i można przeprostować poskręcaną grzywkę. Jednak gdzie się położyć skoro możemy koczować jedynie na sali przylotów. Pomysły same się mnożyły, dobrym rozwiązaniem był stojący domek Mikołaja, czy gigantyczne  prezenty na środku hali. Zbawieniem okazało się przyciemnione pomieszczenie na pierwszym piętrze. Fiku myku i rozłożyliśmy się w śpiworach na podłodze. To była wyjątkowo spokojna noc i w tym stanie udało się przetrwać do samego rana.

Odrobina luksusu w Ribeira Brava – nocleg 5

Monotematycznie powiem, że fatum zachodzącego słońca prześladowało nas przez cały wyjazd. Kolejny genialny pomysł został wymyślony w sobotę (przedostatniego dnia pobytu). „Zwiedźmy zachodnia stronę wyspy! Mamy na to 24 godziny!” Pełni nadziei przystąpiliśmy do realizacji. Ostatnim autobusem udało nam się wydostać z Funchal. Szalony kierowca wywiózł nas do Ribeira brava. Do celu podróży dzieliło nas kilkadziesiąt kilometrów i nie mieliśmy pojęcia jak się tam dostać? Czy autostopowiczom dopisze szczęście? Jednak kto nie ryzykuje ten nie ma. Taka przyświecała temu dewiza. Taka mała propagandę przyszło nam snuć na ławce przy plaży. 

I pomimo, że miasteczko było przepiękne, to zmęczenie dało o sobie znać i za nic nie potrafiliśmy się odnaleźć w rzeczywistości. Nie przemawiała do nas oświetlona plaża, ani droga przy urwisku, która w nocy wyglądała jak z horroru. A na ławce na rynku spać nie chcieliśmy. Wtedy poczuliśmy się jak totalne żule i zaprzedaliśmy swoje idee na rzecz noclegu w trzy gwiazdkowym hotelu. Takim z windą, podłoga i ciepłą wodą!!! Luksus! Wieczór minął na odmaczaniu się pod prysznicem, szybkim praniem i suszeniem rzeczy. I podczas gdy myślałam, ze spanie w łóżku będzie jak  wygrana w totka, to jednak na łonie natury czułam się bardziej zrelaksowana. Kobiecie nie dogodzisz!

Szalony ostatni dzień na wyspie zleciał błyskawicznie, zdradzę Wam, ze po złapanych 5-ciu stopów przejechaliśmy całą zachodnią część Madery . Ostatni dzień, który jawił się jak tydzień zakończył nasz kilkudniowy pobyt na wyspie. Powróciliśmy na lotnisko, by tam grzecznie przeczekać do rana na samolot:)

Madera jest piękna bez dwóch zdań. Malownicze widoki, łagodny klimat, chociaż zimą trochę kapryśny, pozwoliły zapomnieć o polskiej zimie. Jeżeli lubicie przygody i dreszczyk emocji pakujcie namiot  i w drogę!

 

Dodaj komentarz