Jak być bezdomnym turystą w Czarnogórze

Gdy Greymouseland nie żyje szyciem, to żyje podróżami. Do tej następnej jeszcze ponad miesiąc. Czas więc powspominać, te które już za mną:)

Jeszcze kilka lat temu nawet nie śniło mi się, że porzucę hotelowe wygody na rzecz spania pod chmurką. Teraz, po wyjazdach, które z all inclusive niewiele mają wspólnego, nie potrafię już podróżować inaczej. Namiot, dmuchana podusia i kawałek ubitej ziemi…to wszystko czego potrzeba mi do szczęścia.

Wyjazd do Czarnogóry wykupiłam z kilku miesięcznym wyprzedzeniem, nie zastanawiałam się, jaka pogoda może tam być w lutym. Bilety były tanie, a reszta zawsze jakoś sama się układa.

Pierwsze wyjście z lotniska i sprawdzanie pogody  na niucha. Pamiętacie odcinek Przyjaciół, w którym Joe grał na niucha właśnie? My tak samo niuchaliśmy powietrze na czarnogórskim lotnisku, aby jednoznacznie móc określić, czy jest ciepło, czy nie. Na szczęście przyjemny zefirek był prorokiem dobrej pogody.

Przed wyjazdem miałam mieszane wrażenie co do spania w Montenegro pod namiotem. Na forach mało kto o tym pisał, więc zdaliśmy się na przeznaczenie. Gdzie będziemy spać? Co będziemy robić? Sami tego nie wiedzieliśmy, to było w tym wszystkim najlepsze. Decydowanie w stu procentach spontaniczne, bez planu, bez spiny…bajka:)

NOCLEG 1

Czarnogórska zima przywitała nas 17 stopniowymi temperaturami,  zaledwie dwie godzinny po wylądowaniu i uprzejmości Tatiany – Ukrainki, mieszkającej w Czarnogórze, znaleźliśmy się w oddalonej o ponad godzinę drogi od lotniska Budvie. Na miejscu leniwie snuliśmy się samotnie miedzy kamieniczkami starego miasta, piliśmy kawkę w opustoszałym barze przy plaży. Poza sezonem wszystko wygląda inaczej. Jednak nie o Budvie będę tutaj pisać, ale o tym gdzie przyszło nam spędzić noc. Reguła, która przyświeca nam cały czas podczas „ekonomicznych” wyjazdów jest prosta: miejsce do spania znajdź przed zmrokiem! Zimą słońce zachodzi szybciej i automatycznie szybciej robi się zimno. Po godzinie 16, zaopatrzeni w zapasy lokalnego jedzenia (czyt. tłuściutkich burek) zdecydowaliśmy się iść w stronę Kotoru. Przeszliśmy zaledwie 2 km za Budvę, gdy przed nami wyrósł znak, informujący o znajdujących się rzut beretem ruinach. Grzechem byłoby tego nie sprawdzić. Szybki marsz i za chwil kilka byliśmy na miejscu. Pierwsze spojrzenie na ruiny i na siebie…tak, jesteśmy w domu:) Do snu tulił nas bajeczny zachód słońca, nad oświetloną Budvą. Gdzieś w oddali pływały kontenerowce i mewy leniwie dryfowały po niebie. My zajadaliśmy kolację, siedząc sobie w śpiworach, gapiąc się na chmury. Cudnie było!

Noc przeżyliśmy bez odmrożeń, morderstwa w tle i innych zawirowań. Skarpa się nie urwała, a i nas nie zalała gigantyczna fala. Spanie pod namiotem daje wolność. I chociaż tyle razy już o niej pisałam, to za każdym razem doświadczając jej pragnę więcej. Im mniej dźwigam w plecaku, tym mniej mam zmartwień. Analogicznie to samo tyczy się głowy. Im mniej analizuję i myślę, jestem zdrowsza.  I chyba o to, w tym wszystkim, chodzi.

NOCLEG 2

Dzień drugi  był tak intensywny (o czym jeszcze napiszę), że jawił się nie jak 24 godziny, ale jak tydzień. Dziesiątki widzianych miejsc, atrakcji, poznanych ludzi i zjedzonych pyszności …wszystko to położyło nas na łopatki i po kilkudziesięciu kilometrach piechotą ciało mówiło dość. Nasza zasada nie znalazła odzwierciedlenia w rzeczywistości, zmrok złapał nas już w Kotorze, a na nocleg przewidzieliśmy Bar. Oddalony był jak się okazało ponad 2 godziny jazdy busem. I czy to za sprawą kierowcy, który non stop się zatrzymywał, czy naszego zmęczenia, miała wrażenie, że miną całe wieki zanim dotrzemy na miejsce. Bar przywitał nas ciemnością, zgiełkiem wielkiego i głośnego miasta, które obróciło w pył wspomnienia tego dnia. Zatoka Kotorska była już tylko wspomnieniem  i jakże żałowaliśmy, że nie rozbiliśmy namiotu na łąkach przy cytadeli.

Po godzinnych poszukiwaniach i wszechobecnych tabliczkach zakaz spania na plaży, zdecydowaliśmy się spać na plaży:D a co! Poza sezonem wszystkie bary (w  Barze) były zamknięte, dlatego po cichutku rozbiliśmy się na kamiennym tarasie w Casablance. Nazwa poza nazwą z Marokiem nie miała nic wspólnego, ale zachód słońca utulił nas i obudził. Byliśmy na uboczu, nie rzucaliśmy się w oczy i nie prowokowaliśmy ciekawskich. O siódmej rano już nas tam nie było, co by nie kusiło nas podkablować:) Noc była twarda i bez fajerwerków, ale spokojna. Tak to jest z dużymi miastami, więcej z nimi problemów niż przyjemności.

NOCLEG 3

Zmęczeni hałasem, samochodami i tłumem wsiedliśmy w pociąg do Niksic, obierając kierunek wschód. Uciekliśmy z „metropolii”  gnając w góry, bo tam na pewno znajdziemy ciszę i święty spokój! Oczywiście nie mając świadomości, jak zimno może tam być. Za dobrą monetę traktowaliśmy fakt, że mamy przecież ciepłe śpiwory. Jak się okazało, było to trochę za mało. Ale zacznijmy od początku. Okolice Nikscic leża w malowniczej dolinie z widokiem na ośnieżone szczyty. Chłodek powietrza daje znać, ze coś innego wisi w powietrzy.

Po 10 km spacerze w poszukiwaniu idealnej łączki, zdecydowaliśmy się znaleźć nie łączkę, a pole namiotowe. W okolicy były rzekomo dwa, oba zamknięte. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się zapukać do drzwi właścicieli campingu Riverside, Niksic. Na szczęście los sprzyjał i pozwolono nam rozbić się na grząskiej trawie przy restauracji. Latem są tutaj z pewnością dziesiątki turystów, zimą była jedynie nasza dwójka. Właściciele patrzyli na nas jak na wariatów, no ale klient nasz pan, chce spać pod namiotem w zimie, proszę bardzo. Około 19 temperatura spadła blisko zera, ale co tam. Namiot rozbity i my przygotowani do snu. Właścicielka nie mogąc patrzeć na naszą głupotę zaproponowała, abyśmy noc spędzili w restauracji, w której trwała rodzinna impreza. Zmarznięci ogrzewaliśmy kości przy kominku. Był wieczór 14 lutego, Walentynki. My wtuleni w siebie, strzelający ogień w tle i  uśmiechnięci ludzie dookoła. Pomimo, że nie znaliśmy żadnego wspólnego języka, to rozmowa trwała w najlepsze. Dostaliśmy w prezencie kolacje z winem. Na obczyźnie takie rzeczy cieszą poczwórnie. Samo miejsce miało niesamowity wystrój, otwarte palenisko, niepowtarzalne dodatki. Na pewno kiedyś tam wrócimy, może szybciej niż kiedyś.

Co ciekawe noc była dużo zimniejsza niż zakładaliśmy, temperatury spadły do -8 stopni. Nawet w restauracji było zimno, czego odzwierciedleniem były zamarznięte stopy. A jak zmarzłyby nam na tym podwórku tyłeczki? Lepiej nie myśleć.

Całe szczęście są jeszcze dobrze ludzie na tym świecie!!!!

NOCLEG 4

Jak mawia nowe przysłowie: Wszystkie drogi prowadzą na lotnisko. Mieliśmy chytry plan, przenocować ostatniej nocy właśnie tam. Wylot mieliśmy wcześnie rano. O 19 przyszliśmy na miejsce i musicie wyobrazić sobie nasze zdziwienie, gdy o 21 lotnisko miało zostać zamknięte. Lotniskowa policja chciała nas grzecznie wyprosić, jednak udało się przekonać Police Oficera, żeby pozwolono nam zostać tutaj na noc. W ostateczności zawsze mogliśmy rozbić się z namiotem przed budynkiem:) Kilka przepychanek słownych i ta dam! policjant i nasza dwójka na kompletnie wyludnionym lotnisku. Zasada była jedna, mamy siedzieć w jednym miejscu i nie pałętać się. Noc trwała w nieskończoność! Twarde krzesła i poręczę wbijały się  w plecy, zaś groźny funkcjonariusz systematycznie nam przeszkadzał. Lotnisko w Podgoricy wspominamy fatalnie. Pierwszy raz tak skrupulatnie ktoś mierzył bagaże podczas odprawy, ważył i kwestionował ich zawartość. I pomimo, że początkowo wyglądało na kameralne, to nigdzie nie było rygoru, takiego jak tutaj. Są to osobiste wrażenia i osobiście nie polecam nocowania właśnie tu!

Od wyjazdu minęły już ponad dwa miesiące, ale jest co wspominać. Czarnogóra jest krajem o ogromnym potencjalne, góry, morze, jeziora, oszałamiające widoki. Cztery dni to stanowczo za mało, by zobaczyć „wszystko”. Jednak na tyle dużo, by wyrobić sobie jakieś zdanie na jej temat. Szukanie noclegu przychodzi o wiele łatwiej, gdy opuści się duże miasto, wtedy na pewno znajdziecie kawałek łączki, malutką zatoczkę, czy parking schowany za krzakami. Pod warunkiem, że chcecie jechać pod namiot i biwakować na dziko:)


4 Replies to “Jak być bezdomnym turystą w Czarnogórze”

  1. Bardzo bym chciała pojechać kiedyś do Czarnogóry :). Może nie koniecznie pod namiot ;).

    1. Bez namiotu tez na pewno będzie ciekawie ☺

  2. Świetny tekst! 🙂 Lubię Cię czytać 🙂

    1. Jak miło słyszeć! !!!😍

Dodaj komentarz