Zasmarkana Lizbona bardzo subiektywnie

O Lizbonie słyszałam wiele achów i ochów. Sama też byłam oczarowana wizją żółtych tramwai mknących przez stare kamienice. Do dzisiaj słyszę opinię, zakochasz się w tym mieście i nie będziesz chciała wrócić. Pospiesznie pakowałam więc plecak, by móc udać się do tego architektonicznego cuda, mieszkanki smaków, ludzi, tradycji. Spragniona słońca i wiosny, porzuciłam szarą Polskę i w styczniu poleciałam do Portugalii, podbić stolicę! Jechałam z tarczą wróciłam zaś na…Nie położył mnie na łopatki terrorysta, czy jelitówka, ale katar. Myślałam, że nie ma nic gorszego niż zatrucie pokarmowe, z którym zdobywałam rumuńskie toalety. Jakże się myliłam!

Lizbona, turystyczne must-see . Zaraz po Rzymie i Londynie na liście podróżniczych marzeń. Trafiłam tam prosto z Madery, była moim międzylądowaniem w drodze powrotnej do domu. Tyle, że postój ten trwał aż 4 dni. Już w samolocie czułam się niewyraźnie i doskonale nadawałabym się na główną bohaterkę pewnego leku:) Siedzący obok Portugalczyk dyskretnie zerkał, gdy ja wyciągałam z kieszeni papier toaletowy i smarkałam bez końca. Gdy wyszłam z samolotu, moje przekrwione od smarków oczy poraziło słońce i jedyne czego chciałam to do domu. Dramatu dopełniła uszczerbiona soczewka kontaktowa. Tak więc chodziłam po stolicy z nosem czerwonym jak rudolf i jednym sprawnym okiem.

Przeszłam Lizbonę wszerz i wzdłuż, niewiele widziałam, ale sporo zjadłam. Dzisiaj wiem, że cztery dni to stanowczo za mało, by zobaczyć wszystko. Ale czy wszystko trzeba zobaczyć? Zwiedzanie w stylu slow, także ma swoje plusy i pomimo, że nie leży w mojej naturze, to narzucił mi je mój zasmarkany organizm.

Oto kilka subiektywnych powodów, dla których warto się tam wybrać. Zaczynamy!

1. Z miłości do ZARY

Rasowej zakupoholiczce Portugalia kojarzy się głownie z Zarą (wypisz wymaluj to o mnie). Nie ważne, że plecak był ciężki, a ja nie myłam głowy od 5 dni śpiąc w namiocie w maderskich lasach. Jakaś siła wyższa pchała mnie naprzód i zamiast wklepać w nawigację adres kwatery, M cierpliwie wpisywał adresy najbliższych sklepów ZARY:) W Lizbonie jest ich kilka, ogromne, przestronne i pomimo, że byłam w stanie szarpnąć się na zakupy to jedyny suwenir, jaki ze mną wrócił to szaliko -kocyk. Od mnogości sklepów, aż roi się w oczach. ZARA to zaledwie wierzchołek góry lodowej! Zapewniam Was, że w Portugalii jest gdzie wydać pieniądze.

2. Tramwaje

To chwila niepewności, gdy pierwszy żółciak przejedzie obok, długo nie trzeba było czekać. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w sercu starego miasta. Na tramwaje napatrzyłam się do woli. Ten z numerem 28 pojawiał się dość często. Przejażdżka nim to doskonały sposób, by zwiedzić miasto w sposób niekonwencjonalny, mija on przez najciekawsze dzielnie miasta (Alfama, Baix, Chiado, Bairro Alto). Pięknie prezentuje się na żywo, na zdjęciach czy widokówkach. Jest wyjątkowo fotogeniczny. Jedynie te reklamy bezlitośnie zasłaniające żółty kolor farby psuły widok, ale cóż…siła wyższa.

3. Tuk-tuk – jest tam kto?

Jestem marnym kierowcą, kto ze mną jeździł ten wie, że jeździć nie nauczę się nigdy . Gdy tylko widziałam pędzące tuk-tuki, to nie mogłam wyjść z podziwu, jak oni potrafią sprawnie lawirować pomiędzy samochodami i tramwajami. Podwójnie kibicowałam kobietom za kierownicą, stałam z rozdziawioną szczęką i patrzyłam. Też bym tak chciała, nie tyle mieć tuk-tuka, co odwagę, by jeździć.

4. Ryby i cała reszta

Są dziedziny, w którym jestem dobra. Potrafię bardzo dużo zjeść i M nie raz musi zasuwać łyżką dużo szybciej, by zaspokoić głód. Kierowca ze mnie żaden, ale mistrz szybkiego jedzenia już tak. W Lizbonie miałam okazję jeść wszystko co lokalne, oczywiście w towarzystwie tubylców. Rozkochał mnie w sobie nawet jeden bar, gdzie za 1,30 € dwa razy dziennie jadłam rozgrzewająca zupę z młodą kapustą. Wracałam kilka razy, jak bumerang, by przywołać ponownie ten smak. Bułki ze smażoną rybą też skradły moje serce. Ryba jest tutaj podawana w rozmaitych postaciach, można zjeść w panierce, zmieloną w panierowanych kulkach i oczywiście w zupie.

Jeżeli lubicie mieć kulinarny wybór, zbawieniem będzie dla Was TimeOut Market (Av. 24 de Julho 49). Przekrój smaków zadowoli każdego, tutaj będziecie mogli zagryźć sushi lodami, bez wychodzenia na świeże powietrze. Zimą, gdy wieje i jest naprawdę chłodno, wydaje się to najbardziej racjonalnym rozwiązaniem. 

5. Budyń? Poproszę, aczkolwiek nie znoszę!

Co się tyczy deserów, a nawet śniadań, musiałam odbyć wewnętrzną walkę. Nie miałam pojęcia że Portugalia budyniem stoi. Od zawsze nie znoszę ciastek  z budyniem. Tak więc miałam problem, bo na każdym kroku atakował mnie żółty, jak tramwaje, glut. Był obecny w rogalach, bułeczkach, ciastach, ba! pod każda możliwą postacią. Pozostało oswoić wroga i dać się porwać budyniowego szaleństwu. Ciastka z Pasteis de Belem (R. Belém 84-92) pochowały na zawsze mój budyniowstręt do grobu ! Oj warto było przejść kilka kilometrów za centrum, by potem czekać w kolejce. Ciepła masa i starannie zapakowane babeczki rozmiękczą serce każdego łasucha.

6. Płytkowy raj

Jeżeli lubicie płytki, kafelki, terakotę w rozmaitym wydaniu: na ziemi, ścianach, sufitach, podwórkach, elewacjach, zabytkach. Tak, Portugalia pod tym względem króluje. Patrzcie więc nie tylko pod nogi, rozglądajcie się uważnie dookoła, zadzierajcie głowę wysoko. Piękne kafelki będą do Was przemawiać zewsząd. Szukacie inspiracji do domu? W Lizbonie z całą pewnością odkryjecie dziesiątki aranżacji, które z powodzeniem mogą cieszyć oko także w Waszych domach.

7. Czar wielkiego miasta

Uliczki wąziutkie jak oczy kota na słońcu, tajemnicze, czasem zaniedbane. Z budynkami, które pamiętają wiele. I nawet gdy odpada z nich tynk, to sprawiają wrażenie jeszcze piękniejszych. Zabudowa Lizbony zaskakuje i zachwyca, od wielkich kamienic, po te tyciupeńkie. Koniecznie zgubcie się tam! Nie gońcie wg wskazówek przewodnika, schowajcie go na samo dno plecaka. Zatraćcie się w tym mieście ciałem i duszą. Szwendajcie się po Alfamie, wsłuchujcie w klimat tej dzielnicy. Siądźcie na ławce i patrzcie jak wiekowi Portugalczycy biesiadują o najróżniejszych porach. Szukajcie pomarańczy, które dla nich są niczym nasze kasztany jesienią. Ach……..

Czy wrócę do Lizbony? Z całą pewnością… nie zimą. Katar na wakacjach dał mi się we znaki, aż nadto. Teraz chciałabym oglądać Lizbonę „na żywo”, a nie podziwiać  jedynie ze zdjęć, do tego  w mroku wynajętego mieszkania (ze stertą chusteczek obok). Chciałabym smażyć się w portugalskim słońcu i jeść lody. Na to muszę trochę poczekać.

 



4 Replies to “Zasmarkana Lizbona bardzo subiektywnie”

  1. Teraz jeszcze bardziej mam ochotę na podróż do Lizbony, oczywiście wiosną lub latem 🙂

    1. Latem musi byc tam pieknie!!!!

  2. Jestem pod ogromnym wrażeniem opisu Lizbony, wydawała mi się nijaka w rzeczywistości. A teraz mam niedosyt… Opisałaś to fenomenalnie, i mój apetyt na zwiedzenie tego miasta wzrósł niesamowicie, zwłaszcza część o jedzeniu i płytkach 🙂 Muszę dopisać to miejsce do mojej listy „co zwiedzić” 🙂 Dzięki 😀 Czekam na więcej 🙂

    1. Ja tez miałam nijakie zdanie na temat tego miasta, ale warto się tam wybrać z całą pewnością!

Dodaj komentarz