Jak spać na dziko (i nie tylko) na Lanzarote – poradnik bezdomnego turysty

Tym razem los zesłał nas do Hiszpanii! Na Wyspy Kanaryjskie lecieliśmy z radością, bowiem trzeba było przerwać pracoholizm, w który popadliśmy i oderwać się od niego chociaż na chwilę. Stało się! Bilety kupione, trzeba było spakować się i w drogę.

Po raz kolejny jechaliśmy kompletnie nieprzygotowani. Zero planu na zwiedzanie, zero pomysłów w głowie i totalny brak wiadomości, co wypadałoby zobaczyć. Pakując się w sposób minimalistyczny zrezygnowaliśmy nawet z przewodnika. Zawsze to dodatkowy ciężar. Udało się zdobyć mapę 2 w 1. Laminat pozwolił uchronić ją przed porwaniem, a przy panującym na miejscu warunkach atmosferycznych nie trudno o to.

To właśnie wiatr nad wiatrami umiejętnie burzył nasz spokój i utrudniał tułacze życie z namiotem. Znajomi, jeszcze przed wylotem, przestrzegali nas, a ja nie wyobrażałam sobie skali zjawiska. Lanzarote to ciężki przeciwnik, surowy w otoczeniu i skąpy w okazjach…

Przedstawię Wam miejsca, gdzie przyszło nam spać. Ten wyjazd nie odbiegał zasadniczo od poprzednich, jednak tym razem zaprzedaliśmy niestety nasze idee na rzecz czystych włosów. Nie wyprzedzajmy jednak faktów.

NOCLEG 1

Wylot z Berlina w godzinach popołudniowych oznaczał, że na miejscu będziemy sporo po 17 czasu lokalnego. Na szukanie lokum nie będziemy więc mieli za dużo czasu. Dodatkowo nie byliśmy pewni  jak z bezpieczeństwem, ludźmi i o której godzinie dokładnie robi się ciemno. Na pierwszy cel wybraliśmy Puerto del Carmen. Miejscowość oddaloną zaledwie  6 km od lotniska. Zdecydowaliśmy się na dłuższy spacer aklimatyzacyjny. Po całym dniu siedzenia, plecy  i nogi domagały się innej pozycji. Pierwsze wrażenie? Ciepło, bardzo ciepło i ten piach. Wsypywał się do skarpetek i moje czarne konkursowe NIKE zmieniły się w ceglaste.

Miasteczko przywitało nas cudownym słońcem, ludźmi w kawiarniach i brakiem szalonych tłumów. Poszliśmy zwiedzić okolicę z nastawieniem na zadbanie sytuacji noclegowej. Promenada ciągnęła się kilometrami i z 6 km zrobiło się 13 km. Można było to odczuć, tym bardziej, iż dawno nie szliśmy z balastem, w postaci plecaka, na taką odległość. Jednak mieliśmy świadomość, że przecież to dopiero trzecia godzina naszego pobytu na wyspie, początek włóczęgi. Czas zleciał błyskawicznie, zapadł zmrok, a my nadal nie wiedzieliśmy gdzie spać. Szybka decyzja, opuszczamy miasteczko i idziemy wzdłuż wybrzeża w poszukiwaniu przestrzeni i płaskiego terenu. Wiatr dmuchał niemiłosiernie, ciężko było oddychać i iść stabilnie. Rozbicie namiotu w tej okolicy nie wchodziło w grę. Szliśmy więc dalej. Zamiast słońca akompaniował  nam księżyc i dziesiątki kocich par oczu połyskujących dookoła. Na całe szczęście wyrosły przed nami ruiny starego baru, czy czegoś podobnego.

Mały tarasik, widok na ocean i murek, który pozwolił oddzielić się od dmuchającego powietrza chociaż w 1/3. Kamieni na Lanzarote pod dostatkiem, więc z balastem do naprężenia sznurków nie było problemu. To była pierwsza, po długiej przerwie, noc na karimatach, nasze wygodne materace nie wróciły na czas z reklamacji. Plus taki, że w namiocie było więcej miejsca, a podłoże było nagrzane od słońca, jedynie wiatr raz za razem kładł na nas namiot i wyginał stelaż. Efekt taki, iż poranek powitaliśmy z bólem głowy. Było minęło, przed nami czekały kolejne godziny odkrywania wyspy i kolejna perspektywa poszukiwania własnego  M 1.

NOCLEG 2

Nie posunęliśmy się w kilometrach dużo dalej od Playa del Carmen, bowiem szturmowaliśmy zachód wyspy. Tutaj też chcieliśmy spędzić dłuższą chwilę, by móc nacieszyć się nieziemskimi widokami. Po zostawieniu za sobą Playa Blanca i Solin, spacerkiem podążaliśmy w stronę Los Hervideros.

Przybyliśmy na miejsce grubo po 18ej, niedobitki turystów kręciły się podobnie jak my, to gapiąc się w czarne skały, to podążając wyznaczonymi do zwiedzania ścieżkami. Nam w głowie krążyły oczywiście myśli, które miejsce na rozbicie się z namiotem  wybrać. Padło na mostek blisko dziury z widokiem na kamieniste zbocze i szumiącą wodę. Pech chciał, że dwie turystki zdecydowały się o tak późnej porze robić zdjęcia. I znowu nie wiadomo kiedy dopadła nas noc, a my, jak pierdoły, czekaliśmy na parkingu, aż odjadą. Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Nogi cierpły od kucania, pojawiła się gęsia skórka. Wiało coraz mocniej. Jedyną rozrywką było rozgwieżdżone niebo i widok tak boski, że siedzieliśmy w milczeniu i podziwiliśmy to, co dookoła. Chodzenie po kamieniach w ciemności stało się niebezpieczne, na szybko musieliśmy zmienić koncepcje spania. Padło na prostą ścieżkę przy parkingu, przy samym urwisku. Miejsce było stosunkowo bezpieczne, ale wiatr…rozbicie się z namiotem było niewykonalne. Tej nocy spaliśmy jedynie w wewnętrznym wkładzie do niego. Siatki, które normalnie służyły do wentylacji, tym razem robiły za okno i ściany. Dzięki temu, miałam czysty widok na księżyc, oraz na wschodzące słońce.

Jedynym minusem, było to, iż spałam na zawietrznej i osiem godzin wiania mi po twarzy skończyło się koszmarnym katarem, który mam po dziś dzień. Na szczęście stan zaawansowania nie był taki, jak w Lizbonie i w zasadzie jedynie nocami trawiła mnie gorączka.

NOCLEG 3

Na samą myśl o trzecim dniu bałam się. Dwa poranki z bólem głowy były wystarczające. Teraz miało być lepiej. Skończyliśmy dzień na północy w La Santa, spokojnej mieścinie, z dużym klubem sportowym, o tej samej nazwie. Nawet przez chwilę zastanawialiśmy się nad noclegiem w ośrodku, jednak ceny skutecznie nas zniechęciły. 127 euro za pokój bez klimatyzacji i telewizora nie wydawał się kuszący. Spaliśmy za to na wydmach z widokiem na klub, a napis NO CAMPING wisiał sobie w najlepsze. Cóż, nie mieliśmy lepszej opcji. I tak schowani za kupkami piachu, odsłonięci od wiatru, spędziliśmy najspokojniejsza do tej pory noc.

Sceneria była piękna, roślinność skąpa, ale zachwycająca, a zachód słońca jak marzenie…

NOCLEG 4

Nasza wędrówka dookoła wyspy trwała w najlepsze. Posuwaliśmy się coraz dalej na północ, by dnia czwartego wylądować przy Mirador del Rio. Tego dnia widoczność sięgała 20% i z tego powodu ceny biletów były przecenione:D szczęście sknerusa. Na mapie widniał jeszcze jeden punt widokowy wart zobaczenia – Mirador de Guinate, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, ale postanowiliśmy się tam wybrać. Pobił on po stokroć ten pierwszy. Niebo było przejrzyste jak łza, widok na sąsiednią  wyspę zapierał dech. Ale to nie koniec emocji. Przy balkonie widokowym zauważyliśmy schodki na dół, kamieniste, dość kręte. Tam właśnie miała czekać nagroda: pusta plaża, jak na bezludnej wyspie. Grzechem było więc nieskorzystanie z okazji.

50 min schodzenia później byliśmy na miejscu. Woda ciepła, piasek żółciutki i drobny. Gdzie jest haczyk? Ano nie zapomnijcie o naszym bohaterze – wietrze. Wywiał nam z głowy pomysł spania na plaży. Po trzech min leżenia piasek mieliśmy wszędzie, nawet w zamkniętym plecaku.

Zarządziliśmy ewakuacje na górę. I znowu czekało nas co najmniej 50 min spaceru tym razem było dużo prościej. Nie trzeba było asekurować się przed ewentualnym upadkiem. Spoceni jak szczury wróciliśmy do punktu wyjścia, by robić się nieopodal platformy widokowej, tym razem jednak nie z widokiem na ocean, a na wulkan.

Spokojny wieczór nie zapowiadał wietrznej nocy, kilka godzin później przeraźliwe podmuchy były nie do porównania z tymi z dnia pierwszego. Poranek przywitałam z dwoma Apapami i ruszyliśmy dalej, ku stolicy.

NOCLEG 5,6

Na lotnisku słyszeliśmy, że stolice trzeba omijać bo nic tam nie ma, nas jednak zaskoczyła bardzo pozytywnie. Była mała, kameralna, bez tłumów, z pysznym jedzeniem w tle. W głowie już zaplanowaliśmy gdzie będziemy spać. Wybór padł na kamieniste wybrzeże z widokiem na dawny arsenał broni. Los jednak przewidział dla nas coś innego. Spacerując między kamienicami natrafiliśmy na dwu gwiazdkowy pensjonacik Cordona. Z ciekawości zapytaliśmy o cenę. 35 euro za dobę  nie było dramatem. Popatrzeliśmy na siebie i co więcej, zdecydowaliśmy się spędzić tutaj nie jedną noc, a dwie! O takie szaleństwo nie podejrzewałam nas nigdy. Pokój 412 był normalny, łózka, tv, łazienka, okno, bez klimatyzacji. Warunki przyzwoite, a my brudni i zmęczeni upałem. Hotel wystarczający dla kogoś bez dużych wymagań. Ma świetną lokalizację, 5 min do plaży, 5 min do centrum. Blisko znajdują się kawiarnie i restauracje. Jak na dwie gwiazdki to spory plus.

Tak oto zakosztowaliśmy burżuazji, by dwa dni później spędzić pożegnalną noc z wyspą na lotnisku.

NOCLEG 7

Lotnisko na Lanzarote jest spore, spokojne i przyjazne. Jednak od 1 do 4:30 w nocy jest zamykane. Tak więc my, jak i garstka nam podobnych, w środku nocy zwinęliśmy manatki i resztę czasu pozostałego do odprawy przekoczowaliśmy na ławce przed terminalem. Przetrwaliśmy w jednym kawałku do świtu, by po 7 rano, już na pokładzie samolotu odespać, a mieliśmy na to prawie 5 godzin.

Kanary to trudny zawodnik, pod względem spania na dziko nie było dramatu, jednak obyło się bez fajerwerków. Bardzo bałam się słynnych karaczanów i jaszczurek. Nic do namiotu nie wlazło i nas nas nie pogryzło. No może kilka komarów, ale to niewielka cena nasze campingowanie. Czy prędko tam wrócę? Raczej nie. Analizując dotychczasowe wyjazdy nic nie pobiło dotychczas Isle of Skye w Szkocji. Tam mogłabym wracać co miesiąc.

 

2 Replies to “Jak spać na dziko (i nie tylko) na Lanzarote – poradnik bezdomnego turysty”

  1. Piękne zdjęcia 🙂 Aż się chce tam pojechać 🙂

  2. greymouseland says: Odpowiedz

    Wakacje tuż tuż:)

Dodaj komentarz