Ślub marzeń

Gdy 10 lat temu wychodziłam za mąż, nie marzyłam o weselu, białej sukni i całej oprawie. Gdy już upolowałam narzeczonego kułam żelazo póki gorące, co by się delikwent nie rozmyślił. W trzy miesiące od oświadczyn byliśmy małżeństwem. Nie było czasu na wymyślanie, dekoracje, cuda wianki i inne pierdoły. Był ksiądz, byli muzykanci, była wódka no i sala. Czego chcieć więcej. Ohydna lamperia na ścianach nie nadawała się do zdjęć, paskudne krzesła dopełniały obrazu nędzy i rozpaczy weselnej sali, a wejście do niej…. olaboga . Ale wtedy tak tego nie widziałam. To był wielki dzień, wielki stres i inne czasy, a może inna byłam ja.

Jednak z perspektywy minionych lat patrząc jedna rzecz się nie zmieniła. Wielkie wesela w ogóle do mnie nie przemawiają i dziwię się, że dałam się na owe wesele namówić. No ale młodość i brak asertywności rządzą się swoimi prawami. Ja przecież kocham dzicz w każdej odsłonie i gdybym miała  przechodzić przez procedurę zamążpójścia, to zrobiłabym to nad urwiskiem, czy wrzosowiskach, w mrocznej szkockiej scenerii, dookoła sosny wyginałyby się od wiatru, welon fruwałby w powietrzu, poliki były czerwone od pierwszych jesiennych przymrozków…tak , to jest ślub moich marzeń.

Gdybym jednak zdecydowała się na lato, to po tym samym lesie biegałabym boso w koronkowej sukience boho, dookoła lampiony, lep na owady i obroża Foresto na szyi, żeby w tej dziczy nie zjadły mnie kleszcze. Moje druhny podobnie jak ja śmigałyby w koronkach, tylko różowych. Byłoby biało, niewinnie, eterycznie. Tort byłby obrzydliwie czekoladowy, z czekoladowym kremem i czekoladą na wierzchu. Pomarzyć zawsze można.

Dlaczego o tym w ogóle piszę? Otóż, miałam okazję być ostatnio na wieczorze panieńskim innym niż wszystkie, była to w zasadzie sesja fotograficzna niezwykle romantyczna i kobieca. To był taki wieczór, o którym jako przyszła panna młoda nawet nie marzyłam, bo nie wiedziałam, że można tak niezwykle uczcić pożegnanie bycia nie-mężatką:) I wszystkim uczestniczkom zamarzyły się takie panieńskie wieczory, ale chyba cudze, bo obrączki na palcu połyskiwały w słońcu;) W każdym razie, może takie wieczory niekoniecznie panieńskie robić sobie częściej, żeby uczcić na przykład piątek, pierwszy dzień jesieni. Pocelebrować trochę codzienność, która momentami jest nudna jak flaki z olejem. Jeden dzień może tchnąć w człowieka zupełnie inne energie! I naprawdę niewiele potrzeba, by poczuć się jak Claudia Schiffer czy Ania Rubik. A jeżeli nie chcecie czuć się modelkami, czy wcielać w cudze życie, to czujcie się po prostu cudnie we własnej skórze:)

Ślubne klimaty opętały też Greymouse. Pozostając w welonowej tematyce przygotowałam myszopójście marzeń w wykonaniu mojej niepowtarzalnej greymouseland, W końcu przyda jej się facet na tych wszystkich wyjazdach, ktoś musi ciężki plecak dźwigać, słoik czasem pomoże otworzyć, namiot rozbije i takie tam.  Tak więc Kochani, moja szara mysz została mężatką, śmiać się czy płakać?:) Nie mnie to oceniać. W każdym razie niech się myszy wiedzie:*

Cmok

 


4 Replies to “Ślub marzeń”

  1. Piękny tekst 🙂

  2. Cudna ślubna sesja zdjęciowa! Brawo Mychy!

    1. Mychy dziękuja!

  3. Dziekuje:)!

Dodaj komentarz