Ultramaraton Nowe Granice, czyli mój pierwszy duathlon solo

Nigdy nie miałam sportowej duszy, na w-f chodziłam bo musiałam, biegałam jak patałach i zawsze miałam po tym twarz jak burak. Przy akompaniamencie hektolitrów potu przypominałam buraka w garnku z wodą. W trzeciej dekadzie żywota zaczęłam sobie biegać. Demonem prędkości nie jestem, jednak nie zniechęcam się, bo hobby nie może być źródłem frustracji. Jednak żeby nie było tak dramatycznie, iż jestem sportową ateistką, to muszę nadmienić, że rower kochałam zawsze. Nie musiałam szukać wymówki, by na niego wyjść, łamałam na nim ręce jeżdżąc bez używania mózgu. I tak zostało do dzisiaj, z tą różnicą, że już nie łamię kończyn. Noworoczne postanowienie, o wystartowaniu w Ultramaratonie Nowe Granice miało być motywacją, aby ruszyć tyłek zimą i nie zgnić na kanapie. Poza tym, dobrze przepracowana zima daje rozruszane ciało na wiosnę.

Ultramaraton Nowe Granice organizują pasjonaci, których mam zaszczyt znać osobiście. Jeżeli szukacie zimowej imprezy sportowej perfekcyjnej w każdym calu, to nie możecie trafić lepiej. Piękne medale, fantastyczna obsługa na punktach, świetne logo, trasa oznacza tak, że nawet ja – leśna pierdoła, nie miała szans się zgubić, pyszne jedzenie, genialna atmosfera i organizacja, a co najważniejsze świetni ludzie! Mogłabym wymieniać w nieskończoność.  Z całego serca polecam!

Organizator umożliwia start w kilku kategoriach:

  • Bieg Indywidualny
  • Bieg Sztafet 2-osobowych
  • Bieg Sztafet 4 osobowych
  • Duatlon Indywidualny
  • Duatlon Sztafet 2-osobowych

Ja wybrałam kategorię duathlon solo, czyli 15 kilometrów biegu, 73 kilometry rowerem i na dobicie kolejne 15 kilometrów do mety.

Dlaczego indywidualnie? Ponieważ nie lubię czuć presji. Ta odpowiedzialność za treningi-brrrrr, bałam się swojej niekonsekwencji i lenistwa. Sam fakt, ze mogłabym komuś położyć bieg, zniweczyć marzenia czy plany, źle działał na moją głowę. Solo oznaczało, że jestem Panią swojego losu i tylko ja odpowiem za ewentualne obijanie się i brak systematyczności. Pamiętniki Leniwca, które zaczęłam pisać, miały mnie od takiego scenariusza uchronić. Tak też się stało, gdyż Wy moi Drodzy czytelnicy dodawaliście  skrzydeł i Was również… nie chciałam zawieść. Doping potrafi zdziałać cuda!

Najbardziej stresujący moment przed zawodami to nie zaspać, tym bardziej, gdy start jest o 6 rano. Gdy uda się dotrzeć na czas, to 1% planu już za Wami. Jest w tym porannym bieganiu jakaś magia, setki osób w kamizelkach odblaskowych, na głowie czołówki. Gdy tak sobie biegłam, szukając swojego rytmu na najbliższą godzinę, patrzyłam na ten ogonek ciągnących się w mroku setek świetlików. Wyglądało to bajecznie, bowiem nie ma nic piękniejszego niż wspólna pasja, w jednym miejscu, o jednej porze. Wszyscy czekający na świt, by zrobiło się ciut cieplej, no i żeby rowery przestały zamarzać.

Biegłam i biegłam, standardowo z mp3, które umiejętnie tłumiło moje zniechęcające myśli. Wszystkie wcześniejsze bóle psychosomatyczne minęły, a i jelita dały sobie na wstrzymanie,  nie wpędzając mnie w kłopoty i w krzaki. Jakoś tak wyszło, że przez cały tydzień nie miałam chwili zaopatrzyć się w energetyczne pomoce. Skończyłam na zakupach w Biedronce, wychodząc z reklamówką owocowych galaretek w czekoladzie. Nie przewidziałam jednego, mróz zamienił je w kamień i na 5 kilometrze zamiast ciumkać galaretkę, gryzłam twardą bryłę. Nie polecam jedzenia ich podczas minusowej temperatury, a zaciągniecie żelatyny do płuc może skończyć się uciążliwym kaszlem gruźlika. Co też mnie spotkało. Czekolada stwardniała i kleiła się do zębów. Plus taki, że nie miałam czasu skupić się na narzekaniu po co biegnę, tylko analizowałam na ile moje zęby są czarne i czy  uda mi się językiem wygrzebać z nich resztki czekolady:) Po 40 minutach pojawiła się kolka, wbijałam w bok palce, łapałam powietrze, a ona była i była. Gdy przestałam się nią przejmować zniknęła:)! Ku mojej wielkiej radości.

Pomimo tych małych niedogodności nogi same mnie niosły!  Jednak muszę się do czegoś przyznać, dręczyła mnie jedna myśl. Bałam się, że na punkt rowerowej zmiany wbiegnę po stojący samotnie rower – mój oczywiście, że wszyscy, którzy starowali w tej samej dyscyplinie już dawno odjechali. Tak się nie stało, było wręcz odwrotnie, co podziałało budująco na moje sportowe ego i ambicje.

Przed startem zadawałam dziesiątki pytań moim rowerowym kolegom, w końcu co jak co, ale na kolarstwie znali się jak nikt. Pytałam o rzeczy różne różniste i dobrze, że mnie nie pogonili. Jestem ogromnie wdzięczna, za rady, które przyczyniły się do tego, że teraz jestem taka szczęśliwa.

Jak na kobietę przystało miałam dylemat, co na siebie włożyć? Zrobiłam małą ankietę i zadecydowałam, że to nie czas i miejsce na przebieranki. Przerzuciłam wszystkie szmaty w szafie i postanowiłam startować w jednym zestawie ubrań, a jedynie na rower zarzuciłam dodatkowo cieplejszą kurtkę i kask oczywiście. Prawdziwa zabawa zaczęła się od 15 kilometra, czekało mnie co najmniej cztery godziny pedałowania. Jak się okazało -5 stopni nie było takie złe. Jedynym problemem mógł być na tym etapie sprzęt, czyli rower. Na szczęście mój osobisty serwisant, podczas gdy ja smacznie spałam, o północy wymienił  wszystkie linki, wysuszył je suszarką i tym sposobem beżowa strzała działała bez zarzutu! Przerzutki pięknie przeskakiwały, a i hamulce działały idealnie! Kto jeździ na rowerze ten wie, jakie to istotne!

Słynna kałuża okazała (niestety nie dla wszystkich) niesamowicie łaskawa, bo zdecydowała się zamarznąć.

Muszę przyznać, że podczas ultramaratonu wiele rzeczy zrobiłam  po raz pierwszy, jak chociażby jazda rowerem po lodzie. Czułam się jak chłopaki, którzy przejechali Bajkał. Z krainy marzeń wytraciła mnie jednak gleba i do chwili obecnej nie wierzę, że lód nie pękł, gdy gruchnęłam na niego z taką siłą.

Cuda się zdarzają jak widać. Czy nie macie wrażenia, że ten dzień był jednym wielkim zlepkiem pozytywnych zdarzeń i łaskawości opatrzności?:) Bo jak tak!

Z kałużowym odcinkiem wiąże się jeszcze jedno miłe wspomnienie… Bieganie ma to do siebie, że nie trzeba dźwigać roweru, gdy na drodze pojawia się przeszkoda, jest ją o wiele łatwiej omijać, po prostu skaczesz. Gdy stanęłam przy kanale z wodą poczułam się lekko zdezorientowana, gdyż o skakaniu mogłam zapomnieć. W głowie zaś jak mantra dudniła rada kolegi: buty możesz zamoczyć, ale o rower dbaj jak o skarb, to na nim będziesz musiała pokonać resztę trasy. I w tym momencie z pomocą pojawili się dwaj rycerze, nie w zbroi, a w poliestrze. Bohaterowie mojego dnia!!! Przechwycili rower, podali rękę, nastroili pozytywnie na dalszą część trasy i w zasadzie bardzo długo o tym myślałam i wciąż myślę. Dzięki Panowie raz jeszcze!!! Jesteście najlepsi!                                                                                                                                                                                                       foto : Piotr Łabaziewicz

Od 47 kilometra towarzyszył mi rowerowy suport w postaci kolegi. Psychiczne wsparcie na drugiej połowie trasy było jak zbawienie. Czas mijał szybciej, a i rozmowy o lecących non stop gilach zajmowały głowę. To właśnie od odcinka w Kisielinie pojawił się kryzys, który związany był z żołądkiem. Zupa, herbata, rogaliki odcięły mi dopływ mocy do nóg i początki jazdy po jedzeniu były małym dramatem. Trawienie zatrzymało się już do samego końca i jedynie co względnie przyswajałam to morele. Plan obżarstwa runął i o napchaniu się na kolejnym punkcie mogłam jedynie pomarzyć…Wpierniczam więc te moje morele, picia nie miałam bo rurka w kamel bagu zamarzła i jedynie co udało mi się z niej wyssać to zmrożony sorbet. Zamarzły też ręce, na nic zdały się grubaśne rękawiczki. Paliczki żyły swoim mroźnym życiem, a ja na czuja zmieniałam przerzutki martwymi paluchami. Jedynie twarz dawała radę, bo nałożyłam na nią kilka warstw wazeliny:)

Droga dłużyła się strasznie, dobijający podjazd do Wysokiego wymęczył i wypalił uda do cna, ale to właśnie na tym punkcie kontrolnym usłyszałam, że jestem trzecią kobietą!!!! I mam wielkie szanse na pudło!. Zadziałało to jak narkotyk i w tym narkotycznym szale popędziłam do Przylepu, by zakończyć drugi etap zmagań i zmierzyć się z koszmarkiem w postaci biegania, po 88 kilometrach na liczniku.

Euforia, jak się pojawiła, tak wyparowała. Pierwsze kilometry to bieg Pinokia na drewnianych rozmarzających nogach, palące stopy, pęcherz gigant, minus dziesiąty stopień poczucia dyskomfortu. Pierdyliardy myśli:

-jak dam radę?

-po co mi to?

-czy mogę wezwać taksówkę?

-nie mogę już!!!

-dawaj do następnej choinki

-w nagrodę możesz iść 15 sekund, etc.

Minuty leciały jak krew z nosa, a kilometry bardzo powoli kurczyły się. Marzyłam, by położyć się na ścieżce i zasnąć. Jednak resztki ducha walki kazały brnąć dalej. Jeszcze chwilka, jeszcze momencik i będzie po wszystkim. Tak też się stało! Dobiegający z oddali podźwięk mikrofonu oznaczał, że udało się! Dokonałam tego! Ja! Niesystematyczny leń, który przez ostatnie dwa miesiące przeszedł osobistą metamorfozę.

I jak mawia Ewa Chodakowska „twoje ciało może więcej, niż podpowiada ci twój umysł”. Jak widać może!

Takie chwile nie zdarzają się często. Dlatego czerpię z niej radość na zapas:) To pierwsze noworoczne postanowienie, które kiedykolwiek udało mi się zrealizować w 100%, a nawet z nawiązką. I sama nie wierzę, że udało się wywalczyć puchar, ukończyć to, nie połamać się i móc się teraz cholernie cieszyć.

Te wszystkie gratulacje, ciepłe słowa, dziesiątki wspaniałych i życzliwych osób, które pojawiły się na mojej drodze, utwierdziły mnie w przekonaniu, że fajnie dzielić sukcesy i porażki z innymi, wspierać się i realizować swoje marzenia, w które sami boicie się uwierzyć.

To właśnie dzięki Wam czuję się dzisiaj tak fantastycznie, nie zawiodłam ani Was, ani siebie i rozpiera mnie duma, ze dałam radę:) Ehhhhhh…. Jeszcze chwilkę nacieszę się „sławą”, „moim pięć minut”. Fajnie było!!!!! Oj bardzoo fajnie!!!!

Ehhhhhhh……

Ehhhhh….

Ehh….

🙂

🙂

🙂

🙂

(kiedyś mi przejdzie, ale jeszcze nie teraz)

foto: Jarosław Sieledczyk

Jeżeli dotrwaliście do końca tego długiego posta to wielkie dzięki za poświęcony czas. Mam nadzieję, że za bardzo Was nie wynudziłam lekturą. Napisałam wszystko, co przyszło mi do głowy, bo za rok na pewno nie będę już pamiętała szczegółów:) Pamięć mam dobrą, jednak krótką.

Do zobaczenia na zielonogórskich ścieżkach, kawie, ciastkach i lodach!!!

Buziaki

p.s.

Dziękuję Hernik Team, Piotrowi Łabaziewiczowi oraz Jarosławowi Sieledczykowi za zdjęcia:) Są przepiękne!

 

8 Replies to “Ultramaraton Nowe Granice, czyli mój pierwszy duathlon solo”

  1. Wielkie gratulacje! 🙂

    1. greymouseland says: Odpowiedz

      Dziekuje ślicznie:)

  2. Przeczytałam! 🙂
    Jesteś cudowna! Gratuluję Ci ogromnie siły i samozaparcia… i oczywiście zajęcia świetnego miejsca <3! Nie mogło być inaczej!! Twoje przygotowania Leniwca, dały na pewno wielu do myślenia. Mnie ruszyły z kanapy! Dziękuje za motywacje!

    1. greymouseland says: Odpowiedz

      To dla mnie ogromna radość, że leniwiec mógł zmotywować do działania innych:)

  3. Wielki szacunek dla Pani?Gratuluję? i życzę dalszych sukcesów maratonowych?

    1. greymouseland says: Odpowiedz

      Dziekuje:) Teraz czas pomyslec co dalej, bo tak bez celu czuje się dziwnie:) pozdrawiam goraco!

  4. Gratulacje, Kinga! Mega szacun za ultramaraton i podziękowania za miłe doznania podczas bloga czytania! Hehe tak się ładnie zrymowało!

    1. greymouseland says: Odpowiedz

      Dziękuje za odwiedziny!!!!!!!!!:)

Dodaj komentarz