Himalaya Base Camp Winter Edition

 Na Himalaya Base Camp Winter Edition zapisałam się szybko. To najlepsze słowo! Nie analizowałam programu, nie wiedziałam dokąd właściwie jadę, jednak sama perspektywa spania w wiszących namiotach była na tyle ekscytująca, że wyłączyłam funkcje myślenia. Przelew zrobiony! No to jadę! Wszystko to, o czym nie wiedziałam było miłym dodatkiem. Z natury jestem spontaniczna i najpierw działam, gdzieś tam po drodze myślę i prawie nigdy nie żałuje. W 99% sprawdza się taki tok postępowania. Tym razem nie było inaczej, było jeszcze lepiej!

1. Termin

10.03.2018 ja i koleżanka Kasia zrobiłyśmy sobie lekko spóźniony, ale jakże miły prezent na Dzień Kobiet, przemierzyłyśmy pół Polski, by finalnie dotrzeć pod Górę Dżar. To właśnie tutaj miała zacząć się nasza wielka sobotnia przygoda. W środku polskiej zimy, wyposażone w puchowe śpiwory, spodnie narciarskie, kilka czapek, rękawiczki, kalesony, grube skarpety i termosy miałyśmy zmierzyć się ze spaniem w wiszących namiotach, z ośnieżonymi Tatrami w tle. Chłopaki organizują oprócz edycji zimowych, również jesienne i nie mówię nie na kolejny wypad na południe Polski.

2. Koszt i program

Jak na jednodniowe szkolenie nie była to tania impreza (600,00 zł), zważywszy, należy do tego doliczyć koszty dojazdu i inne pierdółki. Jednak muszę przyznać, że były to jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w życiu i gdyby Himalaya Base Camp organizowali turnus majowy, to czekałabym spakowana i gotowa do wyjazdu. Jeżeli ktoś mówi, że pieniądze szczęścia nie dają, to kłamie. Wiadomo miliony potrafią zepsuć wszystko, jednak te kilka stówek wproawdziły  mnie w stan euforycznego szczęścia. Co tu dużo pisać, to trzeba po prostu przeżyć i wtedy będzie śpiewać tak samo 🙂

* źródło http://himalayabasecamp.pl/

3. Dla kogo?

Piętnastu poszukiwaczy wrażeń spotkało się w jednym miejscu, by przeżyć przygodę i doświadczyć czegoś zupełnie nowego. Dla niektórych był to kolejny raz, większość jednak była tutaj po raz pierwszy. To właśnie dzięki ludziom weekend ten był niesamowicie udany. Sami wiecie, że wszystkie diamenty świata nie są w stanie zbudować atmosfery, jeżeli dookoła będzie pole buraków. Jeżeli zastanawiacie się czy należy mieć jakiekolwiek doświadczenie w wspinaczce, to zapewniam Was, że nie. Mój jedyny kontakt z linami ograniczał się do kabla od żelazka. Nigdy dotąd nie wspinałam się, a sztukę gramolenia się po skałach znałam jedynie z książek i namiętnie oglądanych w kółko tych samych filmów.

4. Szkolenia i praktyka

Gdy już trafiłyśmy do naszego himalajskiego obozu w środku polskich Tatr to poczułyśmy się częścią małej wspinaczkowej społeczności. Miejsce zostało świetnie zaaranżowane i dookoła wisiały tybetańskie flagi modlitwne, które można spotkać chociażby w Buddyjskiej Stupie na Węgrzech, no i oczywiście we wszystkich filmach z motywem Himalajów w tle. Ekscytacja wisiała w powietrzu, jednak zanim skończyłyśmy w portledżach, odbyliśmy instruktaż BHP. Wiadomo, ze najwięcej wypadków zdarza się w domu, jednak wisząc na linie, też łatwo o nieszczęście.  Jeżeli oglądaliście kiedyś film Zejście, to na pewno kojarzycie scenę, gdzie grotołazka zaplątuje się w karabinek swoimi włosami. Katastrofa gotowa, głowa łysa, a włosy w ręce. Szkolenie miało takim scenom zapobiec. Te kilkadziesiąt minut instruktażu nie było byle jakie, bo prowadzone przez prawdziwych profesjonalistów z TOPR. Z ratownikami jest trochę jak ze strażakami, mają  w sobie to coś. Fajne buty, jeszcze lepsze okulary i w ogóle są  świetni!!!!! (mężu nie czytaj tego).

Podzielono nas na kilka grup, naszą dowodził Marcin Gąsienica-Kotelnicki. Ta osoba zasługuje na co najmniej dwa posty:) Zapewniam Was, że nigdy w życiu trzy godziny instruktażu nie zleciały tak szybko. I zamiast rąk, bolał nas brzuch od śmiania się. Przy akompaniamencie wyszukanych żartów wspinałyśmy się jak małpki, góra- dół, góra – dół. Trochę mi zajęło zakumanie o co chodzi w tej całej teorii, karabinki się buntowały, gri gri zakładałam jak pierdoła, jednak później mój mózg zaskoczył i wszystko szło bardzo gładko. Wiszenie na linie, nad ziemią, daje poczucie niesamowitej wolności, zmienia perspektywę. Pomaga chociaż w małym procencie zrozumieć to, z jak ogromnym wysiłkiem wiąże się zdobywanie ośmiotysięczników. My wdrapałyśmy się zaledwie na kilkanaście metrów i było to ogromne wyzwanie. Czułyśmy się jak Jack na pokładzie Titanica, jak królowe świata!!!!

*źrodło: https://www.facebook.com/himalayabasecamp/

*źrodło: https://www.facebook.com/himalayabasecamp/

*źrodło: https://www.facebook.com/himalayabasecamp/

Z babskiego puntu widzenia muszę Wam powiedzieć, ze przed takim wyjazdem trzeba trochę umięśnić dupsko. Ta cała uprząż dość silnie opina się dookoła pasa i wszystko co galaretowate wypływa bezlitośnie.  Ten fakt wypłynął jednak dopiero po zajęciach, gdy przeglądałyśmy fotki. Gdybym wiedziała to wcześniej to przyłożyłabym się bardziej do zaleceń Ewy Chodakowskiej.

Po kilku godzinach wiszenia ręce lekko bolały, w końcu nie wiszę codziennie na linie, no i swoje ważę, co też jest nie bez znaczenia. To jednak nie był koniec naszych zmagań z linami. Przed zapadnięciem zmroku w ruch poszły czekany. Być może z braku wprawy bardziej przeszkadzały niż pomagały, ale zawsze to coś zupełnie innego! Wspinanie na tzw. wędkę było równie fascynujące, tutaj w ruch poszła siła rąk. Jeżeli macie wyćwiczone ramiona od przesuwania wieszaków podczas wyprzedaży, to z całą pewnością dalibyście sobie radę. 

Panujący mrok potęgował stały wzrost adrenaliny. Miała ona osiągnąć maksymalny poziom już niebawem. Przed udaniem się do namiotów zostaliśmy podzieleni na pary. Namioty były bowiem dwuosobowe. Naziemne lokum dzieliłam oczywiście z Kasią. Zanim jednak doszło do jakiegokolwiek wgramolenia się do środka, czekała nas nie wspinacza w górę, a w dół. Wybrałyśmy sobie kwaterę nr 1, do której schodziło się ze wzgórza. Noc, buntująca się lina, plecak na plecach i całkowita ciemność!!!!! Jedynie światło czołówki robiło za latarnię, jednak trzęsło się z taka samą częstotliwością jak całe dygoczące ze strachu ciało.

Nigdy, ale to nigdy nie miałam takiego ataku paniki! Kolana latały na wszystkie strony świata, rzepki obijały się o siebie, a ja za nic nie mogłam tego opanować. Za sprawą tego kilkumetrowe zejście trwało wieczność, a namiotu wciąż nie było widać. Gdy w totalnej desperacji ujrzałam migoczącą z otchłani piekieł czołówkę instruktora, to kamień spadł mi z serca i równolegle z tym faktem ziemia wsypała się do namiotu, robiąc za naturalne podłoże. Weszłam do środka…………..ufffffffffffffffffffffffffff

Po chwili dołączyła do mnie Kasia. Leżałyśmy w totalnym milczeniu kilku minut. Serca łopotały, nogi były jak z waty. Plan kolacji pod chmurką, obrabiania zdjęć czy pajacowania, szlag trafił:) Zdobyłyśmy się na odwagę by zdjąć buty. Z racji zapiętej uprzęży spałyśmy w spodniach, kurtkach, opatulone po czubek nosa. Spałam jak zabita. Wszelkie myślenie o potrzebach fizjologicznych wyłączyłam. Wiadomo można było pokusić się o zrobienie siku do butelki (której nie miałam), użyć lejka dla kobiet (którego zapomniałam). Kogo ja chce oszukać, pewnie zasikałabym cały namiot i tyle by z tego było:) Dlatego kulturalnie z Kasią rozmawiałyśmy o planach, których nie uda nam sie zrealizować i jakimś cudem zasnęłyśmy.

Po 5 rano niecierpliwie czekałyśmy na Instruktora, z pomocą którego miałyśmy zacząć schodzenie w dół. Jednak zanim do tego doszło znowu czekała nas przeprawa z buciorami, zakładaniem plecaka, jedynie telepanie kolan zanikło. Zapewne za sprawą tego, że był już dzień. Gdy moje stopy dotknęły ziemi poczułam meeeega ulgę, radość, satysfakcję i milion innych emocji…

Wspomnienia

Wszystko co dobre szybko się kończy. Pomimo, iż pod górą Dżar spędziłam zaledwie dobę, to czułam się jakbym wracała z tygodniowej wyprawy. Nawarstwienie się tylu nowych emocji, zajęć, umiejętności, nie pozwoliły nudzić się ani na minutę. Oj nie chciało nam się z Kasią wracać, nie chciało. W takiej scenerii mogłabym się budzić codziennie:) byle z pustym pęcherzem.

Szukacie dla siebie nowej drogi, nowego hobby, chcecie doświadczyć czegoś innego, macie ochotę poznać nowych ludzi, zwiedzić wycinek Polski, Himalaya Base Camp to miejsce, które zmieni Waszą perspektywę i zapragniecie więcej!!!!!!!!!!!!!!!!!! ba to fajny pomysł na prezent, dla kogoś wyjątkowego. Możecie odmienić czyjeś życie! Ja przyjechałam do domu naładowana roczną dawką endorfin, oj tak,  można tam je przedawkować.

Więcej informacji pod adresem organizatora,  patrz TUUUUU!

Dodaj komentarz