Neapol w styczniu, bardzo subiektywnie

Kilka lat temu w środku polskiej zimy wybrałam się do Neapolu, aby ogrzać się w promieniach włoskiego słońca. Był styczeń, u nas na minusie, a tam ponad 12 stopni, czyli idealnie. Jak się okazało nie do końca. Nie wiedziałam bowiem, że w styczniu w Neapolu leje. Nie pada, ale leje. Ciekawym był fakt, że padać zaczynało, gdy tylko opuszczałam apartament i tak przez cały dzień, a dokładnie przez cały tydzień pobytu. Wtedy to pokochałam deszcz, bo nie było sensu z tym walczyć. Grzecznie, co wieczór, suszyłam buty, by o poranku ubrać je znowu i utopić we włoskich kałużach. To był przełomowy wyjazd, od tamtej pory nie przerażała mnie żadna pogoda.

Jak wiadomo, w życiu ogromne znaczenie ma pierwsze wrażenie. Już pierwsze godziny w tym szalonym mieście pozwalają wyrobić sobie na jego temat jakieś zdanie. Opcje są dwie, Neapol można pokochać albo znienawidzić. Ja należę do tej pierwszej grupy.

Jaki jest Neapol? Z całą pewnością Neapol jest szybki i głośny. Doświadczyłam tego w ciągu pierwszych kilkunastu minut pobytu, jechanie włoską taksówką było prawdziwym oszukaniem przeznaczenia. W rozpędzonej Pandzie sunęliśmy, z moim włoskim kierowcą Marcello, pomiędzy innymi samochodami, często „na styk”, czasami trzeba było zamknąć lusterko by go nie wyrwać przypadkiem! Kurczliwie trzymałam się cykorłapki i modliłam żarliwie, o szczęśliwe dowiezienie na miejsce. Podczas gdy on rozmawiał przez telefon, sprawdzał nawigację i pisał SMS równocześnie… Gdy moje stopy w końcu dotknęły ziemi poczułam nieopisaną ulgę.

I tak jest tutaj cały czas, po ulicach mknie morze skuterów, zasady ruchu są znane tylko mieszkańcom, można stać na skrzyżowaniu i po prostu gapić się na tą wielki chaos, który wbrew logice ma jakieś niespisany sens.

Samochody są małe  i krótkie, tak samo jest uliczki miasta, którymi czasami ciężko się przecisnąć. Nikt nie zważa na to, że auta są obite jak jajko na miękko łyżeczką. Bo i jak parkować, gdy miejsca jest jak na lekarstwo? Neapolitańczycy radzą sobie z tym doskonale, są motoryzacyjnie zaradni  i nie przejmują się dwudziestą rysą na drzwiach auta.

Neapol ma za sobą długą historię, sięga przecież czasów Greków i Rzymian. Jest miejscem nasyconym zabytkami na każdym kroku. Kościoły, muzea, piękne kamienice wklejone są pomiędzy budynki mieszkalne, jednak w akompaniamencie deszczu wszystko wygląda szaro i upiornie.

Zimą, oprócz szaro-burości,  dość rzucający się w oczy jest wszech panujący brud. Śmieci ścielą się gęsto na chodnikach, w uliczkach, kwietnikach, pod ławkami. Jest ich naprawdę sporo i jakoś się to gryzie, gdy w tle stoją tak majestatyczne zabytki. No ale tak jest właśnie Neapol. Nikogo nie dziwi stary materac leżący na ulicy, ani sterty worków na śmieci wysypujących się z kontenerów. Momentami ma się wrażenie, że to tylko chwilowe, ale dzień później ten sam materac leży dokładnie w tym samym miejscu.

Obok śmieci królują gumy do życia wżarte w płytki chodnikowe i ulice. Spacerując ma się wrażenie, że to śnieg, ale nie, to mnogość gum wdeptywanych sukcesywnie przez przechodniów. I nic dziwnego ze w Singapurze jest zakaz ich żucia. Jak widać ma to swój sens… W ostatecznym rozrachunku ulice Neapolu wyglądają pod względem czystości dramatycznie. I albo to taka natura południowców, albo totalny brak świadomości pomieszany z ignorancją.

Miasto to rządzi się dziwny regułami, albo reguł po prostu brakuje. Nikogo nie dziwi grupka dzieci paląca śmieci pod kościołem. Ognisko sięga wysoko, a dzieciaki jak małe diabełki tańczą dookoła. Można się przerazić. Pomimo, że Neapol to przecież nasz stary kontynent, to jednak po zmroku w niektóre dzielnice lepiej się nie zapuszczać. Nie ma co kusić losu, są fragmenty na wskroś przerażające, jak z najlepszych dreszczowców. Wiadomo, że w dzień wszystko na nowo zaczyna wyglądać bardziej przystępnie i przyjaźnie.

Jednak Neapol ma swoje drugie oblicze, zauważalne dopiero wtedy, gdy już zaakceptujemy jego odmienność. Wierzcie lub nie, Neapol z tymi stertami śmieci, gumami, mafią i chaosem ma w sobie coś, co sprawia, że tutaj czuć prawdziwe Włochy. I nie znajdziecie takiego klimatu w Rzymie, który owszem jest piękny. Jednak dla mnie Neapol jest po prostu autentyczny. Niczego nie udaje. Dlatego można się w tej wyrazistości zakochać.

Za co można więc pokochać to trzecie, pod względem wielkości włoskie miasto?

Z całą pewnością za otwartość jego mieszkańców. Jeżeli chcecie podszkolić w Neapolu swój włoski, to jest to miejsce do tego stworzone. Starsze pokolenie Włochów nie zna języka angielskiego, jest to więc ogromna zaleta, bo rzucona na głęboką wodę mogłam testować swoje włoskie umiejętności komunikacyjne. Neapolitańczycy są cierpliwi w stosunku do dukających po włosku obcokrajowców. Nawet poprawią Wasz akcent, zapytają powoli o pogodę i docenią wielkim uśmiechem to, że próbujecie mówić i myśleć w ich języku. To nastraja bardzo pozytywnie.

Na plus Neapolu przemawia jedzenie. Tutaj nie trzeba czekać do obiadu, aby zjeść pizzę. To fast- foodowy raj, gdzie bezkarnie można się utuczyć włoską kuchnią od samego rana. Na wspomnianą pizzę czeka się zaledwie minutę! Piece rozgrzewane są do niebotycznych temperatur. Kuszące zapachy nęcą ze wszystkich stron i jeść można w zasadzie na okrągło. Jedzenie tutaj jest proste i świeże. Je się często na stojąco,  w drodze do pracy, czy na spotkanie. Obok pizzy zmysły tuczą pyszne desery i lody! Gwarantuje Wam, że przyjeżdżając tutaj wszelkie diety należy porzucić i bezkarnie chłonąć neapolitańskie kalorie.

Nie można zostać obojętnym wobec włoskiej śwież palonej kawy, którą Neapolitańczycy piją oglądając od samego rana powtórki meczy, czy obstawiając zakłady bukmacherskie. Wczesnym rankiem w takim miejscach można spotkać głównie mężczyzn, papierosa przegryzają  jeszcze ciepłym rogalikiem z wylewającą się z niego czekoladą. Jest głośno, tłoczno, bez pośpiechu, ale z żywą gestykulacją zrzucającą filiżanki z blatów.

Na wszystko jest czas, bo i dokąd się spieszyć? Sklepy otwierane są po 9, a nawet później. Za to otwarte są do bardzo późnych godzin wieczornych. To rodzinne biznesy prowadzone od pokoleń. Często zapleczem jest mieszkanie, do pracy ma się naprawdę blisko.

Stara zabudowa Neapolu sprawia, że z ulicy wchodzi się prosto do salonu, mieszkania na parterze mają swoje wyjścia z kuchni czy pokoju dziennego wprost na ulicę. Spacerując więc zaułkami można podpatrzeć prawdziwe życie, które różni się do tego, do którego przywykłam na codzień.

Można odnieść wrażenie, że w Neapolu ciągle robi się pranie, zewsząd bowiem widać sznurki, na których nieudolnie próbuje się suszyć nawet w czasie deszczu… Mieszkania zimą są docieplane farelkami. W tym klimacie nie ma ogrzewania, dlatego w środku panuje wilgoć i czasami przerażający chłód. Latem grube stare mury przynoszą ukojenie przed lejącym się z nieba żarem.

Neapol to idealna baza wypadowa na Capri, do Sorrento, Pompei czy na Wezuwiusza. Ba, stąd można nawet wyskoczyć pociągiem do Rzymu na mały rekonesans stolicy. Miasto to ma ogromny lekko przykurzony potencjał, jednak warto tutaj przyjechać i zobaczyć inne oblicze Włoch, niekomercyjne (jeszcze). Styczeń w Neapolu da się lubić, garstki turystów, zero kolejek i brak przepychanek o dobrą scenerię do zrobienia zdjęcia. Jedynym mankamentem jest deszcz, ale kto wie, może tylko ja miałam takiego pogodowego pecha. W każdym razie, miasto to uplasowało się w mojej głowie, jako miejsce, które chciałabym jeszcze kiedyś zobaczyć. No i ta pizza…

Dodaj komentarz